dawno temu w Pradze

Opublikowane przez renka sarenka w dniu

Wiosna 2017 roku postanowiliśmy odwiedzić bratnią dusze w Pradze, a przy okazji zwiedzić trochę miasto. Korzystając z dni wolnych wybraliśmy sie w Wielkanoc, co okazało się mieć zbawienny wpływ na nasz portfel.

 

Autem do / w Pradze

Z naszej niemieckiej Hesji pojechaliśmy samochodem. Za 10-dniową vinietę w cenie 12€ zapłaciliśmy jedynie 16€ kupując na pierwszej czeskiej stacji benzynowej od granicy. W myśl zasady, że zawsze lepiej mieć grosza przy duszy zaopatrzyliśmy się tam też w „kilka” koron po wątpliwie korzystnym kursie. Nie ma jak dobry biznes już na początku wycieczki.

 

Następnym razem może jednak sprawdzimy wcześniej kursy w kantorach i zaopatrzymy się w walutę jeszcze przed wyjazdem, a viniety chyba zamówimy przez strone internetowa niemieckiego ADAC zamiast przepłacać. (Więcej na temat dojazdu do Pragi znajdziesz -> tutaj).

 

W Pradze skierowaliśmy się na parking w centrum handlowym Anděl. To najbliższy większy parking w okolicy miejsca zamieszkania naszych gospodarzy, którzy byli w tym czasie jeszcze w pracy. Za kilka godzin parkingu zapłaciliśmy bagatela 12€. Cennik uspokajał, że za dobę nie zapłacimy więcej niż niecale 40€! …od razu nam użyło :p

 

Mistrzowie parkowania

Okazuje się, ze władze miasta walczą z dużym ruchem samochodowym i smogiem. Robią to właśnie za pomocą wygórowanych cen za miejsca parkingowe. W pierwszym momencie można sie zdenerwować na myśl o zasobach swojego portfela, ale kurde ma to sens! Praska komunikacja miejska jest na prawdę całkiem dobrze zorganizowana, a przy tym mniejszy ruch, mniejszy smog, większy zarobek.

 

Parking

Plan dotyczący samochodu był następujący: odwozimy bagaże do mieszkania gospodarzy. Potem zawozimy samochód na najbliższy parking Park&Ride. Nastepnie nie ruszamy go aż do wyjazdu, gdyż:

  1. parkingi sa drogie,
  2. parkując przy ulicy trzeba płacić za strefę parkingową, która jest wielka
  3. bezpieczeństwo? jakie bezpieczeństwo? najwyżej wrócimy na nogach :p

 

Ale – niespodzianka! Okazało się, że od Wielkiego Piątku państwo czeskie zaczyna Święta Wielkanocne, więc parkowanie w strefach jest bezpłatne! (Bezpieczenstwo? Jakie bezpieczenstwo? Widzimy nasz super wypolerowany samochód na niemieckich blachach wcale-nie-rzucający-się-w-oczy-w-cygańskiej-dzielnicy przez okno 😉 ) W taki właśnie sposób udało nam się zapłacić za parking podczas całego pobytu w Pradze tylko te 12€! 🙂

 

Království železnic

Po wydobyciu się z otchłani parkingu udaliśmy się zobaczyc Království železnic , czyli interaktywną makietę Pragi. Wejście raczej nie rzuca się w oczy. Podejrzewam, że przypadkiem ciężko byłoby tam trafić. Z zewnątrz wygląda raczej bardziej jak przeciętny sklep niż atrakcja turystyczna, a całość znajduje się na poziomie -1. (Jest winda! ?) …a w środku spełnienie marzeń mojego 3-latka! Pociagi! POCIĄGI! I jeszcze więcej pociągów!

 

Interaktywna makieta Pragi

Interaktywne makiety przedstawiają Pragę i poszczególne regiony Czech wraz z infrastrukturą, budynkami, stadionami, ludźmi… Twórców chyba lekko poniosło umieszczając w mieście również dinozaury, ale ogólne wrażenie i tak jest całkiem niezłe. Fascynacja pociągami i detalami mojego pierworodnego sprawiła, że biegał od makiety do makiety z wielkim zapalem oglądając jeżdżące pojazdy, wypatrując samochodów, śmieciarek, wozów strażackich, strażaków, tuneli, znaków drogowych, kontenerów… I tak z sali do sali, od wystawy do wystawy.

 

W jednej z sal można kierować prawdziwym pojazdem po multimedialnej strasie. Niestety stanowiska te ciągle były okupowane przez dzieci, więc nie dane nam było spróbować. Ileż tam było emocji! Dzieciaki bawiły się w najlepsze, więc poszliśmy do drugiego pociągu. Wchodzimy z nadzieją, że dopchamy się do „kokpitu”, ale tam grupka dorosłych. Troche ciszej niż w pociągu zajmowanym przez dzieci, ale scenariusz podobny.

 

Minąwszy niewielką kolejową salę kinową wyświetlającą krótkie filmiki oczywiście o pociągach wpadliśmy prosto do kącika zabaw dla dzieci, w którym można bawić się oczywiście… pociągami, budować tory kolejowe, jeździć, grać w kolejową gre planszową. Kolejna sala i możliwość  skakać w śmieciarkowym basenie z kulkami, schowania sie w kontenerze na śmieci, zjeżdżania na zjeżdzalni… czegóż chcieć więcej w pochmurny wiosenny poranek po kilkugodzinnej jeździe samochodem?

 

Obiad w Tańczącym Domu?

Drugim punktem naszego pobyty miał być obiad. Poszperawszy nieco w Internetach postanowiłam, że pierwszy obiad zjemy w restauracji znajdującej się w tzw. Tańczącym Domu. Wybraliśmy się tam spacerem, co nie spotkało się z większym entuzjazmem moich współpodróżników. Pewnie głównie przez zmęczenie po podróży i zimny wiatr, który próbował nas zmieść z mostu.

 

Tańczący Dom

Starali się trzymać na wodzy swoje emocje. Bardzo się starali. …aż do momentu kiedy okazało się, że Internety mnie okłamały i zamiast restauracji w Tańczącym Domu znajduje się hotel, a w nim aktualnie wystawa. Oj zdenerwowały się moje wygłodniałe chłopaki! Bliscy rozwodu wróciliśmy do punktu startowego – w okolice Andela, gdzie znaleźliśmy całkiem sympatyczną pizzerie Corleone.

 

Pizzeria Corleone

Pizza całkiem okej, a i znalazł się nawet kącik zabaw dla dzieci. Zabawek wiele, choć wszystkim raczej już dawno minęły lata świetności i chyba nikt z obsługi dawno do nich nie zaglądał, bo warunki higieniczne pozostawiały wiele do życzenia. Śmiem twierdzić, że generalnie czystość np. toalet nie zakłóca  zbytnio spokoju pracowników w odwiedzonych przez nas lokalach. Martwi mnie to o tyle, że mój pierwowodny lubi sobie czasem, pod moja nieuwagę, polizać jakiś sedes. (Na szczęście jak do tej pory nie zanotowaliśmy żadnych uszczerbków na zdrowiu z tego tytułu.)

 

Nie sposób nie zauważyć, że w czeskich lokali gastronomicznych można palić. Oczywiście pomieszczenia są oddzielone, więc dym papierosów nie przeszkadza przy jedzeniu jeśli ktoś sobie tego nie życzy. Ale tak jakby to wcale nie sale dla palących są tymi „dodatkowymi” lecz właśnie pomieszczenia dla NIEpalących!

 

Od wejścia atakuje raz większy raz mniejszy odór nikotynowy. „Sala dla niepalących? Oczywiście! Prosze iść prosto a potem dwa razy w lewo i raz w prawo, po schodach w dół potem jeszcze kilka zakrętów i są Państwo na miejscu”. Trochę trzeba się nagimnastykować z wózkiem na zakrętach, ale jak obiecali – smrodu nikotynowego brak!

 

Poranek z dzieckiem

Na drugi dzień zaraz z rana, raczej z konieczności niż ze szczerych chęci (wybierając mniejsze zło przy kreatywnych działaniach trzylatka w mieszkaniu pełnym śpiących ludzi) wybraliśmy się z synem we dwoje do Muzeum Lega. Bez trudu dotarliśmy na miejsce tramwajem (warto zaopatrzyć się w 72-godzinny bilet na kominakację miejską).

 

Jako, że muzeum otwieraja o 10:00 mieliśmy czas napić się spokojnie kawy oraz zjeść pysznego croissanta w pobliskiej kawiarence. A tam w pewnym momencie szalony pan wcisnął szalony guzik i podłoga pod jednym ze stolików na tarasie uniosła się. I to tak na wysokość pierwszego piętra. A pod podłogą ukazał się kubeł ze śmieciami! Z punktu widzenia dorosłego człowieka ciężko stwierdzić co skłoniło ich do wdrażaja takich dziwnych praktyk. Ale z punktu widzenia dziecięcego oka było to wydarzenie na miarę gwiezdnych wojen! Mniemam, ze nie jest to czeski standard bo wszyscy przechodnie przystawali na chwilę, żeby popatrzeć o co chodzi. Szalony pan opróżnił kubeł, odwiózł go na miejsce, opuścił stolik i cała magia prysnęła 😉

 

Muzeum Lega

Muzeum Lega

Do Muzeum Lega polecam przyjść o 10:05. Nie to, że się spoźniają, bo nie wiem, przecież oglądaliśmy lewitujacy stolik. Ale na pewno warto odwiedzić je zaraz z rana. Jako jedni z pierwszych gości nie staliśmy w kolejce i nie musieliśmy się przeciskać do atrakcji. Mieliśmy dużo miejsca na oglądanie, wciskanie przełączników uruchamiających poruszające sie pojazdy, na zabawy klockami przy lego-stolikach, zjeżdżanie ze zjeżdżalni prosto w klocki itd. Spędziliśmy tam pare ładnych godzin. Pewnie zostalibyśmy dłużej, gdyby nie to, że zrobiło się na prawdę tłoczno.

 

Oczywiście wszystkie wystawy musieliśmy kilka razy dokładnie obejrzeć. Największym zainteresowaniem cieszyły te z jeżdżącymi pociągami (niespodzianka!) i interaktywnymi maszynami budowlanymi. Miejsce jest z pewnością godne polecenia większym i mniejszym fanom klocków lego oraz jako atrakcja na niepogode dla najmłodszych. Ale rzecz jasna nie można spodziewać się standardów rodem z wielkich Lego Landów.

 

Zakupy w centrum

Po zaspokojeniu rekreacyjnych potrzeb i połączeniu się z człowiekiem mężem ruszyliśmy na podbój Pragi! Nie polecam jednak robić zakupów w ścisłym centrum miasta – za butelkę wody mineralanej, paczkę Haribo i dwa tajemnicze zielone lizaki dla dorosłych zapłaciliśmy 15€ tzn. mój zafascynowany lizakami mąż zapłacił. Najpierw zapłacił, a potem przeliczył… tak właśnie nie należy robić. Najpierw liczymy, a później płacimy :p

 

wp-image-1043487693

Punkt widokowy z atrakcja dla dzieci

Widoki w drodze do zamku na prawdę przednie! …tylko co trzylatka obchodzą jakieś tam widoki???? Na szczęście ktoś rozkopał kawałek chodnika i moje dziecko moglo oddać się bez reszty budowie nowego domu z kostki brukowej, podczas gdy wszyscy inni przedstawiciele rasy ludzkiej zajęci byli robieniem sobie zdjęć.

 

Hradczany

Kolejka do kontroli bezpieczeństwa

Nasz luźny plan obejmował zwiedzanie zamku, ale szybko zrezygnowaliśmy z tego pomysłu  jak tylko naszym oczom ukazała się wielka kolejka do kontroli bezpieczeństwa. Kontrole przed wejściem wprowadzono wczesną wiosną 2017 ze względu na zagrożenie zamachami terrorystycznymi w Europie. Popatrzyliśmy na budynek zza bramy i poszliśmy dalej.

 

Obeszliśmy teren zamku gubiąc się w wąskich uliczkach, odkrywając tajemnjcze zakątki i urokliwe przejścia. Można urządzić sobie bardzo klimatyczny spacer w otoczeniu murów nadgryzionych zębem czasu. Ja to jestem wielkim fanem klimatycznych miejsc, a stare miasto w Pradze bez wątpienia do takich należy.

 

Czesi wiedzą jak zadbać o klimat. Wiedzą też jak można na klimacie zarobić. W okolicach zamku spotkaliśmy dwóch niezależnych króli. Każdy ze swoim tronem, koroną, mieczem, płaszczem i fotografem… za drobną opłatą oferujący możliwość użyczenia gadżetów w celu zrobienia sobie królewskiego zdjęcia. Chętnych nie brakuje, a królewski biznes się kręci.

 

Restauracja u Glaubiců

Obiad zjedliśmy w restauracji zaraz przy zejściu ze wzgórza królewskiego. To był kolejny lokal wynaleziony przez mnie w Internecie, ale po ostatniej wpadce bałam się mówić o tym głośno. Na szczęście znaleźliśmy go przypadkiem w odpowiednim momencie. Tym razem internety nie kłamały! Restauracja była! To tego chyba nie najgorsza bo wypełniona ludźmi po brzegi! Subtelna kontrola tego, co klienci mają na talerzach – wygląda super! Dobra – zostajemy!

 

Sala dla niepalących? Oczywiście… w piwnicy pod piwnicą, za czterema zakrętam. To chyba jedyne niezatłoczone miejsce w całym przybytku. Cisza spokój i tylko nasz mały wojownik zajętymi wyścigami samochodowymi między stolikami. Obsługa bardzo miła. Kelnerki zazwyczaj mówią po angielsku, ale też starają się zrozumieć język polski i wypowiadać się zrozumiale. Plus też za jedzenie. Kuchnia tradycjonalna: mięso, pieczenie, kapusta, knedliki, hranolki… miłe dla oka i podniebienia. Z czystym sumieniem polecam! Ceny również bardzo przyzwoite.

 

Most Karola

Po pysznym obiedzie udaliśmy się w dalszy spacer ulicami Pragi. Wychodząc z restauracji „unieśliśmy w górę ręce” i pozwoliliśmy dać się porwać rzecę ludzi płynącej wprost na Most Karola. To trochę jak niekończąca się pielgrzymka, wszyscy brną do przodu przez cały dzień. Nic nie widać oprócz głów innych ludzi, ale wszyscy robią zdjęcia (chyba, że to poprostu ja jestem zbyt mała, żeby coś zobaczyć :p). Most po obu stronach okupowany przez handlarzy. Jedni malują karykatury, inni sprzedają obrazki, rysunki, rzeźby, biżuterie… jakiś grajek znajdzie się też raz na czas, ktoś kręci piłkę na nosie… Ten Most Karola to trochę jak dobry plac targowy z wielka masa przechodniow.

 

Trdelnik

Po spłynięciu wraz z tłumem z mostu skusiliśmy się na atakujący nas z każdej strony lokalny przysmak Trdelník. Jest to tradycyjny wypiek. Przygotowane według specjalnej receptury ciasto jest zapiekane na śmiesznych wałkach i obtoczone następnie w np. waniliowo-cukrowo-cynamonowej mieszance z przeróżnymi dodatkami. (Tak, tak, to nic dla osób na diecie). W miejscu, gdzie kupiliśmy nasze tredlníki menu było wielkie na całą długość lokalu, a w nim: tredlniki z lodami, owowami, z owocami i lodami, z bitymi śmietanami, polewami, posypkami… ba, nawet z boczkiem i jajkiem!

 

To nie był lokal gastronomiczny, to była sala produkcyjna! Za ladą wielkości tej z przeciętnego kebaba, znajdowało się kilka stłoczonych osób, każda z obrotami jak na szybkiej taśmie w fabryce. Jedna kręci ciasto na wałkach, upiecze i podaje dalej, inna nakłada lody, kolejna owoce, inna posypki, inna polewy i wszystko w zawrotnym tempie. ..ale najlepsza była kasjerka! Mówiła z prędkością karabinu maszynowego w każdym zapytanym języku! Podejrzewam, że jej umiejętności lingwistyczne raczej nie wybiegają dalece ponad sprzedaż Trdlników, bo inaczej pewnie by tam nie pracowała, ale i tak wielki szacun dla niej!

 

Na początek po czesku, ale słysząc jąkania od razu szybkie pytanie „w jakim języku mówisz?” i dawaj po polsku. Klientów przed nami obsłgiwała po francusku, innych po angielsku, za nami po hiszpańsku, dalej po niemiecku… ciekawe ile języków można by z jej ust usłyszeć stojąc tam dluzej(?). Kolejka ogromna, ale tempo obsługi ekspresowe.

 

Efekt poTrdelnikowy

Trzeba przyznać, że te Trdelniki są cholery pyszne, choć słodkie na maksa. Pod koniec ta słodycz już trochę do pożygu, ale wiadomo rzecz gustu. Na efekty działania bomby kalorycznej nie trzeba było długo czekać.. pierworodny po skonsumowaniu swojej części dostał uderzenia mocy cukru i zamienił się w diabła tasmańskiego! Nie mógł stać, tylko krecil sie w kółko. Nie chodził, tylko biegał i skakał. Ciągle gadał, śpiewał, śmiał się.. Normalnie nie był w stanie zamknąć buzi!

 

Patrzyliśmy z niedowierzaniem na to co się z nim dzieje. Nie mógł ustać w miejscu. Wsadzony do wózka nie mógł usiedzieć. Zapięty wyrywał się razem z pasami (nie że jak dzik rozszalały, targany negatywnymi emocjami, raczej jak ktoś kto ma tak bardzo dużo do zrobienia, że nie może pozwolić sobie na siedzenie). No to na nogach, a na nogach slalomy sprintem między ludźmi. Idąc uliczkami, a następnie przez Staromětské námestí, czyli taki praski rynek (gdzie akurat odbywał się jarmark wielkanocny) cały czas ktoś z nas musiał pełnić rolę goniącego za diablem tasmańskim. Myślę, że tą część dnia spokojnie można zaliczyć do aktywności sportowej. Po przebiegnięciu rynku oraz okolicznych uliczek stwierdziliśmy wspólnie, że na dziś mamy już dości i udaliśmy się w drogę powrotna do naszego praskiego domu.

 

Przypadkowy targ

Kolejnego, ostatniego już dnia rano, podobnie jak dzień wcześniej we dwoje wyruszyliśmy w miasto. Miałam jakiś tam zarys planu. Wsiedliśmy do tramwaju i jedziemy. O, nasz przystanek, wysiadamy – nie, nie wysiadamy! Pierworodny chce jechać dalej. No to w sumie czemu nie. Przecież w podróżowaniu nie chodzi o odhaczenie punktów programu, tylko o czerpanie przyjemności z tego, co tu i teraz. No więc dopuszczając do głosu podróżnicze instynkty mojego syna jedziemy dalej. Gdzie? Nie wiadomo! Wysiedliśmy kiedy już zdecydował, że to tu. Szybki rekonesans – całkiem dobry punkt, w pobliżu znajduje się to i tamto i… stacja metra. Hmm… Ok, no to dalej jedziemy metrem. Kilka przystanków w jedną stronę, później przesiadka na inną linię, potem jeszcze jakimś w przeciwną stronę i jesteśmy na miejscu!

 

Przypadkowy targ

Wydobywamy się na powierzchnię. Byliśmy gdzieś w okolicach starego miasta. Pospacerowaliśmy starymi uliczkami pomiędzy klimatycznymi kamiennica… gdzieś wśród nich znaleźliśmy budzący się właśnie do życia najzwyklejszy w świecie targ. Taki o zwykły, bez przepychu, z przekupami, z owocami, warzywami, szpargałami, pamiątkami. .. Jakiś taki piękny w swej prostocie. Przyznam, że mnie mocno zaskoczył swoją autentycznością w tak turystycznym miejscu.

 

Przypadkowy widok

Idąc dalej zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie w całkiem sympatycznej kawiarence z czystą toaletą(!). Wychodzimy w kawiarenki, a tam za zakrętem rynek Staromětské namestí. Dokładnie to samo miejsce, przez które wczoraj przebiegliśmy z naspeedowanym cukrem dzieckiem. Dziś mogliśmy sobie po nim spokojnie pospacerować, zwłaszcza, że jeszcze nie zbiegł się tam ten cały tłum ludzi, który był dzień wcześniej.

 

Przypadkowy widok

Przeszliśmy dalej błądząc labiryntem uliczek w nieznanym kierunku. Doszliśmy do rzeki, no to teraz trzeba na most, tylko który? A może tam. No to idziemy. Przyglądając się łabędziom pływającym między śmieciami w rzece, przypadkiem trafiliśmy w ciekawe miejsce. Weszliśmy na cypelek, na którym znajdowała się restauracja. Stoliki na tarasie jakby wciśniętym w rzekę. Pięknie tu. Miejsce idealne na poranną kawe, lub wieczorne piwo.. a za rogiem niepozornie schowany super widok na Most Karola i zamek.

 

Most Karola

Most Karola

Ruszyliśmy na drugą stronę Wełtawy przez o dziwo niezatłoczony jeszcze Most Karola. Już na samym początku mostu grajkowie. Szacun, bo grali na prawdę super. Szybko zrobił się wokol nich tłum skutecznie zagradzający innym wejście na most. Wielkie koło słuchaczy, a po środku, zaraz pod stopami artystów mój syn zahipnotyzowany muzyką podrygający od czasu do czasu do tańca. Najwierniejszy fan. Tkwiliśmy tam tak długo, jak długo grała muzyka. Nie było mowy, żeby odejść wcześniej. Most Karola dużo przyjemniejszy niezatłoczony. W końcu zobaczyliśmy jak wyglada i nikt nie deptał nam po piętach.

 

Restauracja Vytopna

Na obiad już całym kompletem udaliśmy się do restauracji Výtopna. To absolutny hit dla każdego małego i wiekszego wielbiciela kolei. Caly lokal pokrywa sieć torów kolejowych łącząca bar ze stolikami pozwalajaca na dostarczenie zamowionych napojow za pomoca pociagow. niektore stoliki mają umieszczone tory również przez środek blatu. Wielkie łał dla dzieciaków, ale i dla dorosłych. Młodzież zafascynowana śledzi każdy pociąg, dokąd jedzie, co wiezie, czy nic nie wypadnie.. co za tym idzie, kiedy Twoje napoje do Ciebie dotrą przynajmniej kilka par oczu patrzy jak sobie radzisz z odbiorem zamówienia 😀

Restauracja Vytopna

Super pomysł na lokal gastronomiczny! I mimo, że serwowane jedzenie nie należy do jakiś wyjątkowych to zainteresowanie restauracją nie spada. Świadczyć o tym może długa  kolejka oczewujących na wolny stolik. Dlatego zawsze lepiej zadzwonić kilka dni wcześniej i zarezerwować „fajny” stolik (najlepiej taki z torami przez środek), niż stać w kolejce z pustym brzuchem i znudzonymi dziećmi. Podsumowując: tutaj nie przychodzi się dla jedzenia, tylko dla pociągów. Więcej na ten temat znajdziesz tutaj.

 

Śladami Davida Cernego

Wacław na zdechłym koniu

Z pełnymi brzuchami ruszamy dalej: pomnik św. Wacława na koniu, a następnie pobliska Lucerna i znów pomnik św. Wacława na koniu tyle, że chyba zdechłym, wiszącym do góry nogami. To jest właśnie sztuka nowoczesna, sztuka Davida Černego, kontrowersyjnego czeskiego artysty umieszczającego swoje dzieła na ulicach europejskich i amerykanskich miast. Więcej na temat Černego przeczytasz tutaj.

 

Trochę zaintrygowała nas twórczość tego pana więc czem prędzej wybraliśmy się zobaczyć jego inne dzieło, znajdująca się całkiem niedaleko, Głowę Kafki. Głowa składa się z wielu segmentow, które są w nieustannym ruchu kręcąc się wokół własnej osi. Hipnotyzuje. A obok mały tłumek ludzi czyhających z aparatami na ten krótki moment, kiedy wszystkie części znajdują się w „prawidłowym” ułożeniu.

 

Trzeba przynać, że ma chłopak fantazję, a to i tak jedne ze „zwyczajniejszych” jego prac. Co powiesz na złotego faceta sikającego z dachu teatru? Albo wielkiego fioletowego fucka na środku Wełtawy? Nie robi wrażenia? A wystawiona wielka dupa z podstawiona drabinka, żeby mozna bylo sobie do niej zajrzec? Jedno z jego dzieł znajduje się też w polskiej przestrzeni publicznej, a konkretnie w Poznaniu. Dla ciekawych tutaj inne dzieła Davida Černego.

 

Sklep z zabawkami

Nam na oglądanie reszty prac Černego nie starczyło już czasu, bo koniecznie chcieliśmy zajrzeć jeszcze do sklepu z zabawkami. Sklepu nie byle jakiego! Oczywiście nigdy nie dowiedzielibyśmy się o jego istnieniu gdyby nie nasza gospodyni, która kiedys trafiła do niego przez przypadek. Największy i najbardziej okazały sklep z zabawkami jaki kiedykolwiek na żywo widziałam. To nie wielki Smyk, czy inne takie magazyny. To istny raj dla dzieci!

 

Ciężko opisać co dokładnie się tam znajduje, wszyscy chodziliśmy z podobnie wielkimi oczami. Trzy piętra, z najwyższego można zjechać wielką zakręconą zjeżdżalnią na parter. Masa regałów z zabawkami. Standardowych rozmiarów karuzela rodem z Sząs ElizeeE. Tor wyścigowy Hot Wheels. Mówiące drzewo opowiadające dzieciom bajki. Wielkie pianino na podłodze, na którym można grać biegając po klawiszach. Koparki do kopania w basenach kulkowych. Stacja Play Doh. Kącik Lego. Standardowy plac zabaw. Małpi gaj..

 

i ulubione miejsce mojego syna – atrakcje wodne. Nie wiem jak można by to nazwać.. taki jakby basenowy stół doświadczeń. Pełen naczyn połączonych, przez które przelewa się woda, kranów i kraników, fontann… Można odkręcać i zakręcać wodę, kręcić ruchomymi częściami np. kołem, które podstawia pod strumień wody kręcące się łyżki rozchlapujące wode dookoła.. Zabawy co niemiara, a to tylko niektóre z czyhających tam atrakcji. Nie wszystkie udało nam się „dotknąć”, a spędziliśmy w tym przybytku parę ładnych godzin. Bardzo fajne miejsce, idealne na odreagowanie po „trudach” miejskich wędrówek. Polecam jednak zabrać ze sobą ubranie na przebranie dla dziecka (dla siebie ewentualnie też :p). A ceny? Nooo jak ceny w turystycznych miejscach.

 

Góra Petrin

Lanovka

Przed ostatnim punktem naszej wyprawy była góra Petrín. Wjechaliśmy na nią kolejka Lanovką, którą przejazd obejmował nasz 72-godzinny bilet na komunikację miejską. Kolejka do kolejki spora, ale o dość szybkim tempie. Jadąc warto stać gdzieś w okolicy okna bo widoki przy ładnej pogodzie są na prawdę piękne. Można też udać się na szczyt pieszo przez park.

 

Na szczycie góry czeka kilka atrakcji m.in. petřinská rozhledna, czyli praska wieża Eiffel’a o wysokości 63,5m, z tarasem widokowym. Na taras można wejść pokonując 299 schodów, lub tak jak my, pójść na łatwiznę i za dodatkową opłatą wjechać tam windą. Z góry powinien rozpościerać się wspaniały widok na niemalże cała Pragę.. powinien, pewnie rozpościerałby się, pewnie piękny, gdyby nie te chmury i zaczynający padać deszcz. Szybko ewakuowaliśmy się na dół zanim zdążyło nas przewiać i zmoczyć na bujającej się od wiatru wieży.

 

Na górze Petrin znajdują się też ogrody, plac zabaw i labirynt luster, do których pewnie byśmy zaglądnęli, gdyby nie goniący nas czas. Całkiem przyjemne, przyjazne dzieciom miejsce. Podejrzewam, że gdybym mieszkała w Pradze to byłoby to jedno z moich ulubionych miejsc na spacery.

 

Ściana Johna Lennona

Punkt ostatni naszej wizyty w Pradze: ściana Johna Lennona. Ulegający stałej transformacji kawałek muru otaczającego Maltańskie Ogrody, na przeciwko francuskiej ambasady, w dzielnicy Kampa. Niby nic szczególnego, kawałek wysprejowanej ściany, a jednak kawałek praskiej duszy.

 

Lennon był bohaterem czeskiej młodzieży w czasach komunizmu, gdy zachodnia muzyka była całkowicie zabroniona. On śpiewał o wartościach, których chcieli młodzi: wolności, miłości, pokoju. Dlatego mimo zakazów pioneki Johna Lennona słuchane były w niejednym czechosłowackim domu. Gdy został zastrzelony w 1980 roku, w nocy na murze ktoś namalował jego portret i cytaty z jego piosenek jak: Give peace a chance. Wtedy publiczne cytowanie teksów jego piosenek, jak cała jego twórczość były uważane za działania przeciw prawu, mimo to, a może i właśnie dlatego znalazło się coraz więcej naśladowców zakazanego Street Art’u.

 

Władze regularnie zamalowywały ścianę, a ona regularnie się odradzała. W 1988 roku młodzi czesi wypisali na murze skargę na władze, w konsekwencji czego doszło do starć na Moście Karola setek studentów z policją. Ściana Johna Lennona jest nie tylko pomnikiem upamiętniającym życie i twórczość Lennona i Beatlesów, oraz jego orędzia pokoju. To także pomnik wolności słowa i pokojowej rebelii młodych Czechów i Slowakow przeciw reżimowi. Pomnik przegranej walki komunistycznej policji o czysty mur.

 

Dziś, lata później, hektolitry farby później, na ścianie wciąż znajdują się portrety Lennona i cytaty z jego piosenek. Znajduje się tam też wszystko inne, a ściana każdego dnia transformuje się razem ze zmieniającymi się czasami. Wciąż jednak w podobnym antysystemowym stylu.

 

I po weekendzie

Tym akcentem zakończyła się nasza praska przygoda. Wyjazd uważamy za udany. Bardzo udany. Zobaczyliśmy co nieco, dowiedzieliśmy się pare ciekawych rzeczy, przeżyliśmy coś ciekawego, a Samcio miesiące później wciąż wspomina, że znów chce do Pragi.

 

Jeśli jeszcze nie sprawdzałeś to tutaj -> Atrakcje w Pradze znajdziesz przydatne informacje na temat tego, co warto zobaczyć w Pradze.

A tutaj -> Jak dojechać do Pragi praktyczne info o połączeniach lotniczych/ kolejowych/ autobusowych oraz o drogach, vinietach i parkingach.

No i jeszcze tutaj -> David Cerny, czyli Praga inaczej o twórczości czeskiego artysty.

6 Udostępnień

1 Komentarz

Ciocia Bozia · 10 lipca, 2019 o 11:29

Dzien dobry, tu praska gospodyni! Zapraszam wszystkich do Pragi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *